Jak kura...z wolnego wybiegu

Na początek wypada się przywitać. Nie chciałbym jednak, aby ta czynność zabrała więcej niż jeden akapit mojego bloga.

Bardzo się cieszę, że mogę dołączyć do społeczności blogerów NaTemat.pl. Czytam Was regularnie, a od dziś mogę być również "czytanym", co nie ukrywam, stawia przede mną nie lada wyzwanie. Po pierwsze narzuca systematyczność wpisów, ale ponieważ prowadzę uporządkowane życie dziennikarza-triathlonisty mam nadzieję, że z tym nie będzie większych kłopotów. Po drugie wymaga atrakcyjności wpisów, która ma spowodować, że będziecie chcieli odwiedzać to miejsce, dyskutować i komentować opisywaną przeze mnie rzeczywistość. I po trzecie wreszcie każe odpowiedzieć na pytanie: na jaki temat będę pisać na NaTemat.pl? Na pewno nie będzie to opisywanie bieżącej polityki, od której relacjonowania raz na zawsze uciekłem. Zakończył się pewien etap w moim dziennikarskim życiu i chyba po raz pierwszy publicznie to komunikuję. Ale te minione 12 lat dziennikarstwa newsowo-publicystycznego wiele mnie nauczyło. Czas otworzyć nową kartę, choć wiele z tego, co wydarzyło się w szeroko pojętych "Informacjach" będę mile wspomniał. A teraz ...do rzeczy!

Czytam najnowszy wpis Justyny Kowalczyk i mimo, że to nie jest mój świat, to znaczy nie ta intensywność wysiłku i nie ta objętość treningowa, to sobie myślę: "Cholera! Jak ja Cię rozumiem! Jak ja rozumiem tę sportową złość i rozczarowanie". Zawody w Soczi były zupełnie nieudane, ale dla sportowca to znacznie poważniejszy problem niż tylko fakt źle wybranych nart, o czym pisze nasza najlepsza biegaczka. Długodystansowcy mają przekichane. Generalnie to szczęśliwi ludzie, którym wielogodzinnne treningi dostarczają wystarczającej dawki endorfin i pozytywnej energii, aby w życiu radzić sobie ze wszystkimi problemami. Jednak w tym sporcie, czy to w bieganiu na nartach, czy triathlonie, który tak pokochałem, przytłaczająca może być świadomość, że w całym sezonie są najwyżej dwa lub trzy ważne starty, do których przygotowujesz się cały rok. Trenujesz przeważnie w samotności, aby po miesiącach przyjemnego katowania się sprawdzić, na ile dobrze przygotowałeś swój organizm do walki z innymi lub z samym sobą. Wystarczy jedna chwila nieuwagi, źle dobrana dieta przed wyścigiem, zbyt mocno zawiązane sznurówki butów, albo zacinający się zamek błyskawiczny w neoprenowej piance, w której płyniesz, aby zawody przyniosły rozczarowanie. Nie tylko Tobie! Przecież publiczność w kapciach przed telewizorem, patrząca na męczącą się zawodniczkę, powtarza coś o złym przygotowaniu, o tym, że to już chyba koniec kariery, że lepiej dać sobie spokój, że co ona robiła przez tyle miesięcy?

Zapieprzała - chciałoby się dosadnie powiedzieć, ale się nie powie, bo przecież zaraz Cię "zjedzą", że jesteś cham jakiś, nie sportowiec. Długodystansowcy mają jednak tę dobrą cechę, że porażki wyzwalają w nich podwójną motywację. Wracamy z pokorą do treningu i przez kolejne miesiące biegamy godzinami po lasach i górkach. Oczywiście modlimy się przez cały ten czas, aby nie dopadło nas jakieś "grypsko", bo dwa tygodnie przerwy w treningu to niemal przepaść, przez którą znowu mozolnie trzeba będzie budować ten sam most. Ile można? To syzyfowa praca! W piłce nożnej masz mecze co tydzień, co dwa tygodnie, sparingi, mecze towarzyskie, Ligę Mistrzów, a wszystko to trwa miesiącami. Do tego masz kolegów. Jeśli popełnisz błąd, jest szansa, że naprawi go ktoś inny. A w triathlonie? Od września do maja wcielasz się w rolę mnicha. Zawody, ze względu na konieczność pływania w wodach otwartych, organizuje się tylko w miesiącach letnich. Jeśli wyznaczyłeś sobie ambitny cel osiągniecia szczytu w amatorskim triathlonie, to i tak Twoje życie podobne jest nieco do życia zawodowców. W zasadzie mógłbym je porównać do życia...kury. Kura w środowisku naturalnym nie występuje. Musi być hodowana, czyli prawie jak trenowana. Słucha tylko jednego koguta, a przecież w sporcie trener nie toleruje, aby dwóch samców alfa zarządzało w jednym kurniku. Ma skłonności do podfruwania, czyli już wiem, dlaczego podczas Mistrzostw Świata w Ironmanie na Hawajach komentatorzy, patrząc na niemieckiego zawodnika z czołówki, krzyczeli: "Andreas Realert is flying". Ponadto kura wstaje o wschodzie słońca - triathlonista również, bo musi jak najwcześniej dotrzeć na basen i jeszcze przed pracą odrobić pierwszy trening. W ciągu dnia je dokładnie to, co nioski: ziarna, zielsko i białko, tak samo wartościowe jak mięso dżdżownic. Chodzi spać z kurami, bo rano i tak z nimi wstaje, a w każdy weekend robi długie, i co o wiele ważniejsze, WOLNE wybiegania. Wiadomo, że kury wolnobiegające mają mniej tłuszczu, a więcej wartościowego mięsa…no i są szczęśliwsze.
W tym całym porównaniu jest jeszcze jedna niezaprzeczalna wartość. Powiedzenie "kura domowa" nabiera zupełnie innego znaczenia.


Łukasz Grass
Dziennikarz radiowy i telewizyjny
(Discovery Channel, TVN24, TVP, Radio TOK FM)
Triathlonista, Redaktor Naczelny Akademii Triathlonu.

www.akademiatriathonu.pl

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...