Zabieszczadowałem!

zdjęcia z archiwum autora
Obiecałem systematyczność wpisów, ale nie wziąłem pod uwagę, że będę w takich okolicznościach przyrody, w których Internet znajdziemy wyłącznie w słowniku wyrazów obcych. Ostatnich kilka dni spędziłem w samym sercu Bieszczad, niedaleko Wetliny w klimatycznym Siedlisku Brzeziniak (wieś Przysłup). Internet, jeśli złapałem, umożliwiał jedynie przeglądanie podstawowych informacji, na które czekało się wystarczająco długo, aby w tym czasie ugotować obiad, zaparzyć herbatę czy poznać kilka ciekawych historii z regionu, włącznie z budzącą niepokój opowieścią o...

Obiecałem systematyczność wpisów, ale nie wziąłem pod uwagę, że będę w takich okolicznościach przyrody, w których Internet znajdziemy wyłącznie w słowniku wyrazów obcych. Ostatnich kilka dni spędziłem w samym sercu Bieszczad, niedaleko Wetliny w klimatycznym Siedlisku Brzeziniak (wieś Przysłup). Internet, jeśli złapałem, umożliwiał jedynie przeglądanie podstawowych informacji, na które czekało się wystarczająco długo, aby w tym czasie ugotować obiad, zaparzyć herbatę czy poznać kilka ciekawych historii z regionu, włącznie z budzącą niepokój opowieścią o wyjących wilkach, które gospodyni Brzeziniaka usłyszała w tym roku pod domem pierwszy raz od 12 lat. A ja tego samego dnia miałem wyjść na trening – samotny trening długodystansowca. I weź tu człowieku trenuj "na tętnie tlenowym", kiedy świadomość obecności wilków zmusza cię do pokonywania podbiegów w tempie beztlenowym, liczba uderzeń serca niebezpiecznie wzrasta, a kark boli od oglądania się za siebie, bo przecież cały czas „słyszysz”, jak wataha albo cię goni, albo pomrukuje groźnie zza krzaków i drzew po obu stronach stokówki.



O tym za chwilę. Wcześniej o mniej przyjemnym, ale dla świata triathlonu niezwykle ważnym wydarzeniu, którego będziemy świadkami 23 lutego - wybory Prezesa Polskiego Związku Triathlonu. Dlaczego jest to tak ważne wydarzenie? Dlatego, że pierwszy raz od 20 lat szefem Związku nie zostanie Krzysztof Piątkowski. Nie startuje w wyborach, a do walki o fotel Prezesa PZTri stają : Iwona Guzowska, Wojciech Olejniczak, Marcin Słoma i Rafał Giermasiński. Nie będę się teraz skupiał na kandydatach z uwagi na to, że większość czytelników niekoniecznie jest zainteresowana triathlonem. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na kwestię charakterystyczną nie tylko dla TEGO Związku. Są to: brak przejrzystości, dostępu do informacji, tajemniczość i funkcjonowanie na zasadzie państwa w państwie. Dzieje się tak m.in. z powodu braku zainteresowania mediów, które odwracają głowę od dyscyplin niszowych, pozbawionych charyzmatycznych sportowców osiągających sukcesy na arenie międzynarodowej. Nawet jeśli raz na wiele lat zdarzy się perełka w postaci Agnieszki Jerzyk, która zdobyła Mistrzostwo Świata do lat 23, to i tak pies z kulawą nogą się tym nie interesuje…bo nie wie. Skąd ma niby wiedzieć, jeżeli do mediów nie trafia żadna informacja, a jej zdobycie, a raczej wyrwanie z PZTri graniczy z cudem. Dziś cudem jest uzyskanie informacji o podmiotach uprawnionych do głosowania podczas zbliżającego się Walnego Zgromadzenia. Z niewiadomych przyczyn obecne władze stowarzyszenia nie chcą ujawnić opinii publicznej listy delegatów lub chociaż klubów i okręgów uprawnionych do udziału w wyborach. Ale stare czasy wydają się odchodzić do lamusa. Mam nadzieję, że wraz z nowym Prezesem przyjdzie też nowa forma zarządzania związkiem i nowi ludzie zorientowani na sukces oraz współpracę z mediami, sponsorami i działaczami. Czekam z niecierpliwością na dzień 23 lutego. W przeciwieństwie do ubiegłych lat o wyborach w PZTri będzie głośno – chociażby za sprawą portalu natemat.pl, na którym na pewno pojawi się moja relacja, a zainteresowanych już teraz odsyłam na stronę Akademii Triathlonu, która będzie to wydarzenie szczegółowo relacjonować. Po tej krótkiej dygresji wracam w Bieszczady.



Od Cisnej aż po samą granicę na południu i wschodzie jesteśmy w strefie tzw. turystyki kontemplacyjnej. To prawda, można rozmyślać i to bez względu na porę roku – każda ma swój urok, zmusza do zmniejszenia obrotów i każe obcować z przyrodą, a nie z telefonem komórkowym czy Internetem. W weekend postanowiłem wykorzystać doskonałe warunki do biegania.



W sobotę i niedzielę zrobiłem trzy treningi biegowe, z czego dwa po lasach, które swoimi rozmiarami i tajemniczością przeniosły mnie w czasy opisywane w trylogii Sienkiewicza. Jeden ze szlaków do złudzenia przypominał opis przyrody z „Pana Wołodyjowskiego”. Dzień wcześniej, podczas wieczornej rozmowy przy kominku i obrazach Jarosława Trojanowskiego, nasłuchałem się o mrocznej historii regionu, do niedawna kojarzonego z diabłami i innymi trollami. Dopiero „Bieszczadzkie Anioły” Starego Dobrego Małżeństwa ociepliły wizerunek, ale mrocznych klimatów nie brakuje.



Wilki i niedźwiedzie to osobny temat. Wysoko w górach są, ale przecież turysta z Warszawy odwiedzający to piękne miejsce raz na ruski rok, podświadomie będzie widział zagrożenie czyhające za każdym bieszczadzkim drzewem. Ale przecież nie powiem, że mam stracha! Nie ma mowy. Ubieram się w sportowe ciuchy i zaiwaniam skrótem przez las z Brzeziniaka do Cisnej. Niedziela, 8 rano. Wszyscy śpią. Mam nadzieję, że większość zwierząt oprócz saren, królików i wiewiórek również. Dzień wcześniej widziałem kilka na szlaku. Stokówka, po której biegnę jest szeroka i pusta. Cisza. Zatrzymuję się. Od czasu do czasu słychać jedynie nieśmiały śpiew ptaków, a raczej pokrzykiwanie, w które uważnie się wsłuchuję. Jeśli ptaki będą krzyczeć głośno i nerwowo to znaczy, że czegoś się przestraszyły i wtedy również ja mogę zacząć się bać. Przecież swoim głośnym oddechem i charczeniem spowodowanym stromymi podbiegami, mogłem obudzić jakiegoś niedźwiedzia. Zostało jeszcze 5km do domu, a ja trafiam na ślady czegoś, co można zinterpretować tylko w jeden sposób – tutaj w nocy ktoś stracił życie. Była walka. Kłaki ciemnoszarej sierści porozrzucanej wokół plamy krwi były wystarczającym dowodem na obecność drapieżników, a dla mnie podświadomym sygnałem, że mam przyspieszyć. Po kolejnych dwóch kilometrach stwierdziłem, że chyba coś nie gra, bo na podbiegach tempo rośnie z 5.30/km do 4.30. Już dawno tak szybko nie biegłem pod tak stromą górkę. Ale jeszcze tylko jeden podbieg, zakręt w lewo i w dół trasą obok drewnianego domku należącego do jednego z członków zespołu Stare Dobre Małżeństwo. SDM od zawsze kojarzyło mi się z Bieszczadami, ale teraz jeszcze wyraźniej słyszę, że „Anioły są takie ciche, zwłaszcza te w Bieszczadach. Gdy spotkasz takiego w górach, wiele z nim nie pogadasz…”

Zabieszczadowałem trzy dni, trenując, prowadząc zajęcia dla klasy dziennikarskiej z Jarosławia i podziwiając galerię w Brzeziniaku. Nawet udało mi się stamtąd wywieźć prezent urodzinowy – rzeźba i obraz w jednym autorstwa Roberta Onacki.


Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...